Ostatnie spotkanie Klubu Kolekcjonerów Znaczków Turystycznych w Komornikach uświetnił szczególny występ. Udzielające się w Klubie panie, mama i córka, zaimponowały mistrzowskim wykonaniem tańca irlandzkiego. Uprawianie go wymaga niemałych umiejętności. Dla mamy był to pierwszy publiczny występ po latach.
Dynamicznie, ale precyzyjnie stawiane kroki z elementami stepowania w butach zapewniających charakterystyczny dźwięk, wyprostowana sylwetka, zgodność szybkich ruchów z tradycyjną muzyką celtycką to najbardziej rzucające się w oczy (i uszy) cechy tańca irlandzkiego. Sztuka ta nie jest w Polsce rozpowszechniana, a ponieważ oglądanie popisów tancerzy i słuchanie skocznej, energetycznej muzyki zawsze atrakcyjne, każdy taki występ przyjmowany jest z zainteresowaniem.
Ten rodzaj tańca pamięta czasy celtyckie, pierwsze wzmianki na jego temat pojawiły się 2,5 tysiąca lat temu. W okresie najazdów na Irlandię Wikingów zanikł na kilkaset lat, a odżył w XVI wieku, gdy na wyspie rosły wpływy francuskie i angielskie. Z czasem sztuka ta została usankcjonowana, Komisja Tańca Irlandzkiego wprowadziła i czuwa nad przestrzeganiem obowiązujących zasad, od półwiecza organizowane są mistrzostwa świata. W Polsce ten rodzaj tańca pojawił się nieśmiało dopiero w latach dziewięćdziesiątych, gdy nasi rodacy coraz chętniej wyjeżdżali na Szmaragdową Wyspę głównie do pracy. Organizowano u nas spektakle, których elementem były taniec i muzyka z Irlandii.
Istnieje kilka rodzajów tańca irlandzkiego. Można występować indywidualnie, grupowo, wtedy zaangażowane są ramiona. Tancerze mają charakterystyczny, ale prostu ubiór, szczególną rolę pełnią buty. Widzowie nie tylko oglądają stepowanie, ale i go słuchają, ważne jest więc podłoże, podobnie jak w wywodzącym się z innej części Europy flamenco. Oglądającym wydaje się, że niesieni dźwiękami skocznej muzyki tancerze zatrzymują się w powietrzu, ziemi ze stukotem dotykają przelotnie, prawie niezauważalnie. Takie ewolucje wymagają jednak sprawności i wytrzymałości. Tego się nie wypracuje po kilku lekcjach.
Osobą uprawiającą taniec irlandzki od kilkunastu lat jest Julia Zielińska, mieszkająca w Plewiskach dziennikarka współpracująca także z „Nowinami Komornickimi”. – Zainteresowałam się tym jako dziecko, 16 lat temu – opowiada. – Pojechałam z rodzicami na wycieczkę do Biskupina, gdzie występował zespół tańca irlandzkiego. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Moja mama rozglądała się potem w okolicy, z myślą o mnie, za zespołem uprawiającym takie taniec. Udało jej się do takiego dotrzeć, działał w Poznaniu w okolicach Starego Rynku. Miałam 5 lat, spróbowałam sił, jeszcze bez stepu, w miękkich butach. Byłam tam jedynym dzieckiem.
Tak zaczęła się trwająca do dziś przygoda. Julii zrobiło się raźniej, gdy dołączyła do niej mama i tańczyły we dwie. Po jakimś czasie zmieniła się instruktorka, nowa bardziej nastawiła się na stepowanie. Zespół o nazwie EtnoBalans, w którym występowały, pokazywał się na dużych scenach, pod gołym niebem i w teatrach, niektóre przedstawienia były biletowane. Gdy instruktorka wyjechała za granicę, mama Julii zaniechała tańczenia po irlandzku. Na występ, po latach przerwy, na prośbę córki, dała się na mówić dopiero ostatnio, na klubowym spotkaniu. Koleżanki i koledzy byli pod dużym wydarzeniem. Przez wszystkie lata z tańcem Julia starała się uczyć nowych elementów. Umiejętności prezentowała głównie w szkole lub na innych wydarzeniach lokalnych.
– Kiedy zaczęłam pisać artykuły do „Nowin Komornickich”, lepiej poznawałam naszą lokalną społeczność, nawiązywałam kontakty. Od czasu do czasu zdarzało się gdzieś w okolicy wystąpić, na przykład ostatnio w Łęczycy. Rok temu pokazałam nasz taniec podczas komornickiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – mówi Julia Zielińska. Okazją do występów zwykle jest dzień świętego Patryka, patrona Irlandii, przypadający 17 marca.
Gdy Julia tańczy wydaje się, że czyni to jakby od niechcenia, bez wysiłku, ruchy są płynne, stopy krążą w szybkim tempie, ale kontakt z podłożem występuje rzadko. Pozory mylą. – Dojście do takiego poziomu wymagało dziesięciu lat praktyki. Potem jeszcze przez pięć lat musiałam pracować nad szybkością ruchów, by efekt był ciekawszy. Bez siły i kondycji niczego się tu nie osiągnie. Ciężar ciała trzeba unosić tańcząc na palcach. Buty też swoje ważą, wydobycie dźwięku wymaga wysiłku. Jeśli ma być głośniej, uderza się mocniej, przy szybkiej wymianie nóg, co nie jest ani łatwe, ani lekkie. Siłę łączy się z szybkością – tłumaczy Julia. Bez sprawności fizycznej niczego się tu nie osiągnie.
Nie ma nic przeciwko temu, by prezentować umiejętności na wydarzeniach lokalnych. Taniec irlandzki, podobnie jak irlandzka muzyka zyskują na popularności, a w okolicy nie ma innych osób tym się parających. Być może występy Julii i jej mamy zwiększą zainteresowanie tańcem wywodzącym się ze Szmaragdowej Wyspy.